• Wpisów: 72
  • Średnio co: 23 dni
  • Ostatni wpis: 4 lata temu, 11:06
  • Licznik odwiedzin: 6 562 / 1750 dni
 
greengirl
 
Wczoraj, gdy odwiedzałam mamę, spotkałam swoją dawną koleżankę i jakoś tak mnie naleciało na napisanie postu o swoim braku szczęścia jeśli chodzi o przyjaźń.

Na samym początku mojemu szczęściu w przyjaźni stała... babcia. To ona miała u nas w domu najwięcej do powiedzenia i wszystkie moje koleżanki jej przeszkadzały. Przeszkadzało jej nawet to, że moja mama wychodząc z moją młodszą siostrą na dwór ucinała sobie pogawędkę z inną mamą, która także wyszła z dzieckiem i babcia z tego powodu potrafiła zrobić awanturę przy wszystkich. Dopóki żyła, moja mama nie miała żadnych znajomych. Jak się zorientowałam, to samo mogło czekać w przyszłości i mnie, więc postanowiłam gadki mojej babci ignorować.

W moim bloku większość dzieciaków to byli chłopcy. Była jedna dziewczyna w moim wieku, ale ona wolała swoje koleżanki z klasy ode mnie, więc nawet zbyt często jej na podwórku nie było. Bawiłam się więc z młodszą od siebie H, a potem w szkole zaprzyjaźniłam się z B. Niestety dla B byłam tylko zastępstwem za M, która z powodu kłótni z inną koleżanką przeniosła się do równoległej klasy. Potem B zaczęła przyjaźnić się z A, a ja poznałam J. Z początku przyjaźniła się ona z inną dziewczyną, ale w pewnym momencie się pożarły, no i tą jedyną przyjaciółką zostałam ja. Nasza przyjaźń trwała jakieś cztery lata. W pewnym momencie zaczęło mi przeszkadzać, że J zmienia się na gorsze. Próbowała między innymi zniszczyć związek dziewczyny, której nienawidziła z czystej złośliwości tylko. Później od B dowiedziałam się, że gdy nie ma mnie w pobliżu to jestem obgadywana przez nią na prawo i lewo. A w sylwestra zaczęła podrywać chłopaka, który mi się podobał udając, że jej o tym nie mówiłam i jednocześnie startowała do tego, który podobał się B. Wtedy podjęłam decyzję, że muszę się od niej uwolnić. Niestety nie potrafiłam. Zawsze byłam tą szarą myszką, która nie ma wiele do powiedzenia i cierpi na brak pewności siebie...

Los się jednak do mnie uśmiechnął. Wcześniej miałyśmy wraz z J chodzić do tego samego liceum, a ona nagle, ni stąd ni zowąd zmieniła plany. Przyszło jej to zupełnie naturalnie, chociaż wcześniej umawiałyśmy się inaczej. Więc i ja zmieniłam plany, złożyłam papiery do innej szkoły. J dostała się do wymarzonego liceum, jednak jej matka w ostatniej chwili zmieniła zdanie i powiedziała, że szkoła jest za daleko i nie pozwala jej tam chodzić. Z podkulonym ogonem J wróciła do naszej starej szkoły i zaczęła planować jak to będzie fajnie, że będziemy w tym samym miejscu... Wtedy jej powiedziałam, że nie będziemy. Była w szoku. Ale jak to? Przecież się umawiałyśmy. I wtedy jej powiedziałam, że umowę złamała pierwsza. Wściekła się i zaczęła mnie olewać. To był koniec.

W liceum przyjaciółki nie miałam, ale znów zaczęłam kolegować się H i znów byłam zastępstwem za kogoś innego. Potem na horyzoncie pojawiła się D. Znałam ją już wcześniej, ale to była straszna kłamczucha i jakoś specjalnie nikt nie chciał się z nią zadawać. Teraz się jednak trochę zmieniła i przynajmniej w wakacje miałam z kim spędzać czas. W roku szkolnym od czasu do czasu odzywała się do mnie H, zazwyczaj po kłótni ze swoją ukochaną S, bo oprócz niej nikogo nie miała, a gdy się godziły, to nie chciało jej się nawet odwoływać spotkania ze mną i nie raz czekałam na nią w domu jak głupia. W wakacje z kolei przyjeżdżała do niej K z Warszawy, więc jak nie S to K. Raz tylko do mnie z nią przyszła, gdy okazało się, że wyrobiłam sobie dowód. Chciały żeby im kupić piwo. Odmówiłam. Potem w razie co, to ja miałabym problemy.

Z D kolegowałam się dosyć krótko. Wcześniej widywałam ją w wakacje, a potem przeprowadziła się do dziadków żeby chodzić do liceum. Czasami się spotykałyśmy. Wszystko zmieniło się na krótko przed świętami, gdy ktoś podrzucił nam pod drzwi szczeniaka i okazało się, że to była D. Od tamtej pory przestała się do mnie odzywać, a gdy przechodziła obok, odwracała głowę. To ją spotkałam wczoraj. Gapiła się na mnie i gdyby nie oparcie ławki, to by chyba przodem do mnie siadła, tak wykręciła głowę. Może liczyła na to, że się przyznam, ale ja zrobiłam to samo co ona. Odeszłam.

No i była jeszcze jedna przyjaciółka, ostatnia, a po niej to już mi się w ogóle odechciało przyjaźnić z kimkolwiek. To była A, moja nowa sąsiadka. Wszystko było w jak najlepszym porządku, dopóki nie zerwała z chłopakiem, który był moim kolegą ze studiów. Wtedy zaczęła mi zabraniać chodzić na imprezy ze znajomymi, bo jak on tam będzie, to ona nie pójdzie, a skoro ona nie może, to ja też. A jak się rozkręciła, to już czepiała się wszystkiego, bo chciała mieć mnie tylko dla siebie. W końcu nie potrafiłyśmy już rozmawiać nie kłócąc się, więc sobie darowałam. Ileż można tłumaczyć się bez przerwy ze wszystkiego?

Obecnie mam w sumie tylko jedną koleżankę, która jest przeciwieństwem tych wszystkich powyżej. No i uważam, że jedna i porządna jest lepsza, jak tłum wariatek i świrusek.

Nie możesz dodać komentarza.
Tylko zalogowani użytkownicy mogą komentować ten wpis.

  Wyświetlanie: od najstarszego | od najnowszego
  •  
     
    No faktycznie nie masz szczęścia ale w,sumie wcale się nie dziwię. Świat idzie do przodu, czas leci, ludzie się zmieniają. Chcą dożyć do tego co jest cool,  być fajnym za wszelką cenę. Ja tez miałam kilka przejść, trochę przecierpialam ale takie doświadczenia tylko nas umacniają i nie pozwalają tak szybko zaufać ludziom. Życie..
     
  •  
     
    Potwierzam ostatnie zdanie ;)
    Też kiedyś miałam masę pseudo "przyjaciółek", które albo się ze mną przyjaźniły dopóki robiłam to, czego ode mnie oczekiwały, albo byłam świetnym zastępstwem za kogoś :)
    Całe szczęście w pierwszej gimnazjum poznałam E i nasza przyjaźń trwa już nieprzerwanie 6 rok :)